Matki bez matek.

Rozmyślając ostatnio dużo o rodzinie wielopokoleniowej doszłam do wniosku, że nie tylko dzieci korzystają z profitów życia na kupie ale również i matki.

Pracuję w jednym z największych Szpitali ginekologiczno- położniczych w Warszawie.

Podczas swojej pracy poznałam może ze 4 kobiety, które urodziły się w tym mieście, mają tutaj rodzinę i nigdzie nie musiały migrować.  Reszta przyjechała gdzieś ze świata…przyjechała za studiami, za rozwojem, za karierą, za mężem, za lepszymi perspektywami. Tutaj założyły rodziny. Porodziły dzieci. Kupiły mieszkania z kredytem na 100 lat i siedzą w nich ze swoimi pociechami wyczekując aż wybije święta godzina 17:30 i wybawca-mąż wyjdzie z pracy!!!

Reszta to matki pracujące.  Wstają o 5:30. Kawa, make-up, śniadanie, dzieci, przedszkole, praca, szkolenia, angielski, niemiecki, francuski, certyfikaty, fitness, znowu przedszkole, zakupy i jeszcze te zasrane okna trzeba umyć bo już nic nie widać!

Jakby przydała by się matka. Opiekunka. Piastunka. Ciocia. Ktokolwiek, po prostu druga kobieta. I nie mówię tu wcale o myciu okien.

Wydaje mi się, że w związku z czasami w jakich żyjemy, dzisiejsza kobieta jest samotna, nie ma już kręgów kobiet ( chociaż zauważyłam, że w Warszawie powoli się tworzą), nie ma wspólnego haftowania, wspólnych wieczorów z nalewką wiśniową i ciastem, nie ma ciepłej piersi matki, w którą można się wypłakać. Nie ma tej codziennej bliskości i wsparcia, której właśnie najbardziej potrzeba.